Pracowity leń

Dziś napiszę coś bardziej osobistego. W końcu autoreklama też jest ważna; a niech i coś zostanie po mnie na papierze.

Ten artykuł może być także wsparciem dla innych. Warto mieć swoje zdanie, a zwłaszcza cele w życiu, mniejsze i większe. Warto też mieć marzenia i pozytywnie myśleć o tym, co chciałoby się osiągnąć. A poza tym, myślę, że czas jest naszym sprzymierzeńcem. Żeby coś osiągnąć, potrzebujemy czasu i naszego zaangażowania. Jeszcze jedna ciekawostka: warto być przy tym pracowitym leniem, bo jak gdzieś przeczytałem, lenistwo jest matką wynalazku.

Koniec truizmów. Czas na dowody. Oto kilka ilustracji z mojego życia na poparcie tych tez.

Chciałbym zacząć od moich problemów z językiem polskim i wszystkim, co się wiązało z pisaniem, ortografią, a w zasadzie to dysleksją.

Nikt nie wie, gdy sam tego nie doświadczył, jak za moich czasów było trudno przeżyć szkołę z taką ułomnością. Mały problem, ale zniechęca do szkoły, a zwłaszcza przedmiotów humanistycznych. Ocena oscylująca między 3- a 3= z j. polskiego (oczywiście w starym systemie ocen od 2 do 5). Albo sugestie nauczycielki j. polskiego, która radziła rodzicom abym nie szedł do liceum, bo sobie nie poradzę, do technikum tym bardziej, bo tam jest jeszcze trudniej. Jednak znalazłem technikum, które, jak się okazało, było strzałem w dziesiątkę i zamiast problemów, ukończyłem go z indeksem na wyższą uczelnię geodezyjną w kieszeni i to jeszcze przed maturą. Sam nie wiem, jak mi się to udało, bo owszem lubiłem przedmioty zawodowe, ale nigdy nie uczyłem się ich. Może to dzięki temu, że zbierałem wszystkie książki zawodowe stare czy nowe i bardzo lubiłem je przeglądać :-) Gdy czymś się interesujemy, często nawet nie zdajemy sobie strawy z tego, jaką wiedzę posiadamy, a wystarczy trochę szczęścia i sukces gotowy. Tak było ze mną, technikum i olimpiadą. Wziąłem w niej udział i zaskoczyłem sam siebie. Zadania, z którymi się zmierzyłem, a potem werdykt jury dowiodły, że wszystko leży w granicach moich pasji, a wymarzone studia w zasięgu ręki. Na szczęście nie na humanistyce i ortografii stoi świat, a jego złożoność pozwala odnaleźć się w nim nosicielom różnych zainteresowań ;)

Modem aukustyczny + telefon z tarcząZawsze ciągnęło mnie do techniki, a że żyjemy w czasach rewolucji informatycznej, to wszystko, co związane z komputerami, jest bardzo interesujące . Pierwsze „Bajtki” (pamięta jeszcze ktoś taki miesięcznik?), które czytałem, były dla mnie czarną magią. Prawie nic nie rozumiałem, bo było o czymś zupełnie nowym, czego nawet nie widziałem. Listingi programów w Basicu, które tam się pojawiały, analizowałem, a mój pierwszy program był napisany na kartce papieru i nawet nie widział komputera. Trochę później wyprawiałem się z kolegą do Instytutu Meteologi i Gospodarki Wodnej „na komputery”. Jego ojciec pracował w tym instytucie i to on załatwił nam taką możliwość. Mogliśmy korzystać wieczorami z komputerów i to z najwyższej półki, bo Amstrad-ów, które miały coś, czego brakowało ZX Spectrum, czyli stację dysków. Tam też pierwszy raz widziałem zdjęcia satelitarne i programy do analiz i interpretacji pomiarów. Z jeszcze innym kolegą, który przywiózł z Anglii modem akustyczny, tworzyliśmy sieć Fido. Prędkość tego pierwszego modemu to całe 300boud czyli prędkość pisania wprawnej maszynistki (300 znaków na minutę). Wybierało się numer na telefonie, wykręcając go na tarczy. Gdy komputer docelowy odbierał, słuchawkę wkładało się do modemu – technika jak z muzeum, ale ile dawała nam wtedy frajdy. O Internecie jeszcze nikt nie słyszał, a FidoNet było tym, czym teraz jest Internet. Działało w następujący sposób. Istniały komputery matki czyli BBS-ów (od skrótu Bulletin Board System), które poprzez modem były podłączone pod linię telefoniczną. W godzinach dziennych można było się do nich dodzwonić i połączyć za pomocą modemu. Ściągnąć pliki, które ktoś zamieścił, wymieć pocztę w sieci FidoNet (taki rodzaj emaili), jeśli dobrze pamiętam to poczytać GOPHER-a, czyli prekursora dzisiejszych stron WWW, tyle że w formie wyłącznie tekstowej. W nocy BBSy dzwiniąc do siebie synchronizowały zasoby. To bardzo fajny okres z mojego życia.

Moja fascynacja komputerami klasy IBM, czyli PCtami, zaczęła się na studiach pisaniem programów w turbopascalu i pierwszym środowisku obiektowym- turbovision na konsolę (czyli okienka w wersji tekstowej). Szkoda, że nie mogę nigdzie znaleźć mojego flagowego programy z tamtego okresu - karkvison.exe (jeśli ktokolwiek go posiada i mógłby mi podesłać, będę wdzięczny :). To był program do rachunków na krakowianach (czyli dodawanie, mnożenie, transpoza, pierwiastek krakowianowy). Jeszcze później napisałem program do wyrównywania poziomych sieci kątowo- linowych. Komputery pozwalały mi zawsze pielęgnować we mnie lenistwo, o którym wspomniałem we wstępie. Nie lubię wykonywać pracy, która jest mechaniczna i można ją zautomatyzować, choćbym miał siedzieć dwa dni i pisać program, który zrobi to, co ręcznie zrobiłbym w dzień. Płyną z tego dwie korzyści. Po pierwsze- jestem zadowolony, że czegoś się nauczyłem, bo napisanie programu z reguły wymaga więcej zaangażowania szarych komórek. A po drugie- mam program na przyszłość do wykorzystania w podobnym lub takim samym zadaniu.

Ciąg dalszy wkrótce…

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Copyright ©   Mariusz Morańda   Wszystkie prawa zastrzeżone