Jak wybierałem najlepsze kolektory słoneczne

W zeszłym roku zakładałem kolektory słoneczne. Główny problem, przed jakim wtedy stałem, był wybór najlepszych kolektorów. Dla mnie określenie „najlepsze kolektory" oznaczało takie, które będą najbardziej ekonomiczne, czyli w jak najszybszym czasie mi się zwrócą oraz będą bezawaryjne. Czytałem sporo na temat budowy, wad i zalet różnych kolektorów. Zastanawiałem się nad różnymi wariantami. Raz byłem bardziej skłonny kupić kolektory płaskie, a innym razem już prawie kupowałem kolektory próżniowe. Postanowiłem jednak zaznajomić się z certyfikatem Keymark i zrozumieć co zawiera.

Dla laika to dość enigmatyczny dokument. Często firmy szczycą się tym, że ich produkt posiada taki certyfikat. Lecz nie dajcie się zwieść, certyfikat nie gwarantuje w ciemno stuprocentowej jakości towaru. To, że kolektor posiada znak Keymark, nie oznacza, że jest lepszy od tego, który go nie ma. Brak certyfikatu mobilizuje nas jedynie do uwierzenia producentowi w parametry, które podaje.
Certyfikat Keymark informuje o tym, jakie parametry posiada dany kolektor (kolektor może mieć tragiczne parametry a i tak dostanie certyfikat). Niech przykładem będzie firma, która sprzedawała najtańsze kolektory próżniowe na allegro, oczywiście Chińskie. Podawała, że kolektory mają certyfikat Keymark. Zamieściła nawet zdjęcia tych certyfikatów, oczywiście tak aby nie można było niczego odczytać. Jednak widać było numer i logo, po którym można odszukać dany certyfikat.
Niżej podaję zestawienie wszystkich przebadanych kolektorów, można szukać po kraju, lub nazwie : The Solar Keymark Database


Te Chińskie kolektory próżniowe były tak atrakcyjne, że zaczynałem się zastanawiać nad ich kupnem. Gdybym nie wpadł na pomysł z wykonaniem własnych obliczeń, miałbym najgorsze kolektory na rynku – z gorszymi parametrami niż kolektory płaskie. Oczywiście za cenę trzy razy wyższą niż dobre kolektory płaskie iw dodatku z certyfikatem. Porównanie kolektora płaskiego do próżniowego bez obliczeń jest niemożliwe.


Co kryje w sobie certyfikat Keymark, i co z tego powinien zapamiętać przysłowiowy Kowalski ?
Dzięki temu certyfikatowi można porównywać kolektory między sobą. Parę prostych obliczeń i wiemy, który kolektor jest bardziej wydajny i szybciej się zwróci. Robiąc porównanie trzeba założyć niektóre parametry związane z nasłonecznieniem, kątem ustawienia kolektorów względem południa, temperaturą otoczenia. Nasłonecznienie jest bardzo ważne, gdyż przykładowo kolektor A będzie lepszy od kolektora B w Warszawie, ale będzie gorszy np. w Chorwacji, gdyż jest tam inne nasłonecznienie i inna temperatura otoczenia. Kolektor płaski jest bardziej wrażliwy na odchylenia od kierunku południowego. Dlatego prawidłowe dobranie tych wstępnych parametrów jest bardzo ważne dla prawidłowego porównania kolektorów w naszych konkretnych warunkach. Mój przypadek okazał się prosty, bo kolektory mam ustawione prawie na południe, a kąt nachylenia do pionu mogę regulować. Latem mam ustawione prawie płasko, na około 25stopni, a zimą na 80stopni. Zmianę wykonuję ręcznie - dwa razy w roku, jesienią i wiosną. Poza tym, że kąty są bardziej optymalne, to jest jeszcze jedna zaleta – zimą śnieg nie zalega na kolektorach, bo są ustawione prawie pionowo. Przy obliczeniach należy pamiętać, że nasłonecznienie zmienia się w zależności od zachmurzenia.

solary, naslonecznienie w zaleznosci od zachmurzenia

 

Dla naszego kraju Komisja Europejska wyliczyła nastęujące nasłonecznienie roczne:

Naslonecznienie w Polsce wedlug Komisji Europejskiej


W zależności od miesiąca nasłonecznienie przedstawia się następująco (przykład dla Krakowa):

 

Producenci chwalą się bardzo rożnymi parametrami kolektorów, często piszą o sprawności absorpcji i niskiej emisji. Nie zwracajcie na to zbytniej uwagi, bo nie na tym polega praktyczna sprawność całego kolektora. Co z tego, że absorpcja jest na poziomie 90%, jeśli kolektor nie jest ocieplony i to, co „zebrał", odda do otoczenia.


Moim zdaniem istotne są następujące parametry:
Sprawność optyczna (Opticall efficiency) CZYM WYŻSZA TYM LEPIEJ
Dwa parametry jakości izolacji kolektora (odpowiadają za straty energii z kolektora CZYM NIZŚZE TYM LEPIEJ):
Liniowy wskaźnik przenikania ciepła (1st order heat loss coefficient a1 , k1 c1)
Kwadratowy wskaźnik przenikania ciepła(2nd order heat loss coefficient a2,k2,c2)
Należy zwrócić uwagę na to, dla jakiej powierzchni jest podana sprawność, dla powierzchni apertury czy dla powierzchni absorbera. W kolektorach płaskich te dwie powierzchnie są zbliżone do siebie, w kolektorach próżniowych dość mocno się różnią. Sprawność podana w stosunku do apertury jest niższa niż sprawność podana w stosunku do powierzchni absorbera. Najlepiej posługiwać się sprawnością dla apertury . A tak wygląda certyfikat Keymark dla kolektorów, które kupiłem (KS2000 TP AC).

 


Dokonałem pierwszych obliczeń i od razu wyszło, że kolektory próżniowe (rurowe) nie są dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Najbardziej optymalnym są kolektory płaskie. Z moich wyliczeń wyszło, że powinienem kupić kolektory polskiej firmy Hewalex. Najbardziej ekonomiczne są kolektory aluminiowo-miedziane ( rurki są miedziane a płyta aluminiowa). To nowe rozwiązanie i miałem trochę pietra czy testować na sobie tę nowinkę. Nowością jest metoda łączenia (zgrzewania laserowego) miedzi z aluminium. Pomimo wszystko, ze względów ekonomicznych, kupiłem cztery kolektory aluminiowo-miedziane (za tę samą cenę miałbym trzy miedziane). Po roku używania nie mam zastrzeżeń.

Bardziej dociekliwym polecam program kolektorek 2.0 , który niestety wymaga wykupienia licencji. W wersji demo część funkcji jest okrojona, choć i taka zubożona wersja jest pomocna. Tym programem liczyłem po ilu latach zwróci mi się inwestycja w instalację solarną.

Koszt kolektorów i czas zwrotu instalacji solarnej

 

W związku z tym, że zbiornik buforowy z wężownicą już miałem, instalacja solarna najprawdopodobniej zwróci mi się po ok. 5,5-6 latach. Oczywiście wszystko wykonywałem sam, ale za to nie starałem się o dofinansowanie. Nie opłacało mi się zatrudniać fachowca, żebym dostał 45% dofinansowanie z NFOŚiGW. Jeśli dobrze pamiętam moje wyliczenia, realne dofinansowanie stanowiło 22%, a reszta to prowizje dla banków itd.

 

Autograf analogowy dawcą organów dla cyforwej frezarki CNC

Już dość długo nic się na mojej stronie nie pojawiło . Wynika to z faktu, że ostatnio każdą wolą chwilę poświęcam na zajęcia w moim warsztacie. Pora jednak co nieco o tym napisać. Tym razem będzie o Topocart D, który dostaje w moim warsztacie drugie życie. Specjaliści od fotogrametrii wiedzą, co to jest autograf analogowy, ale będą ten tekst czytać także i inni, zatem spieszę z wyjaśnieniami. Otóż, jest to urządzenie mechaniczno-optyczne, które służyło do rysowania obiektów topograficznych, warstwic i innych rzeczy, które były widoczne na fotogrametrycznych zdjęciach. Autograf analogowy był dość trudnym w obsłudze urządzeniem, poza tym wymagał od obserwatora bardzo dobrego widzenia stereoskopowego. Najtrudniejszym etapem było przygotowanie autografu do zasadniczej pracy, czyli strojenie modelu. Polegało na odtworzeniu orientacji przestrzennej zdjęć z momentu ich wykonania. Gdy mieliśmy już zestrojony i spoziomowany model, można było przejść do zasadniczego pomiaru., Do autografu był podłączony koordynatograf, za pomocą którego wykreślano na planszy lub arkuszu papieru elementy mapy lub inne rysunki (np. widoki elewacji). W latach 90-tych takie stoły rysunkowe eliminowano, zastępowano przetwornikami (enkoderami) i podłączano do komputera. Wtedy autograf stawał się rodzajem digitizera 3D. Mój autograf analogowy Topocard D, jeśli dobrze pamiętam, był wyprodukowany w udanym roku 1970 i miał dokładność około 60um, co było znacznym osiągnięciem techniki. Nawet na dzisiejsze możliwości to dość duża dokładność. Pamiętajmy, że zamiast obliczeń, były wykorzystywane mechanika i optyka. Właśnie mechanika była głównym elementem, który obniżał dokładność pomiarów, bowiem każde łożysko, wózek, liniał, zębatka posiadały swoje luzy, niedokładności wykonania, a z czasem się zużywały. Z tego powodu autograf analogowy wymagał dość częstych przeglądów i rektyfikacji.


Schyłek epoki autografów analogowych to lata 90-te ubiegłego wieku. Następcami autografów analogowych były autografy analityczne. Miały bardzo prostą konstrukcję, która umożliwiała pomiar współrzędnych tłowych (współrzędne Y oraz Y dla lewego i prawego zdjęcia). Przeliczenie tych współrzędnych do przestrzennego układu terenowego XYZ było wykonywane już analitycznie (stąd nazwa autografu) przez komputer, który był składową częścią urządzenia. W Polsce autografy analitycznie nie zdążyły się zadomowić i szybko zastąpiły je fotogrametryczne stacje cyfrowe. To, że Polska była nieco zapóźniona w rozwoju technologicznym, tym razem zadziałało na naszą korzyść. Polskie firmy fotogrametryczne przeskoczyły jeden etap rozwoju fotogrametrii i autografy analogowe były wymieniane od razu na fotogrametryczne stacje cyfrowe.

Oto zdjęcia Topocart-u, które znalazłam gdzieś w necie. Żałuję , że nie zrobiłem zdjęć swojego, gdy był jeszcze w całości.

TechnocartZeiss Topocart

Topocarttopokart c


Widoczne korby na zdjęciach umożliwiały przesuwanie znaczka pomiarowego w płaszczyźnie XY, natomiast krążek obsługiwany nogą przesuwał znaczek w pionie – oś Z. Na trzecim zdjęciu (po lewej stronie) widać dołączony koordynatograf. Na czwartym widać (duża skrzynia z tyłu) dołączony moduł Orthophot, który służył do szczelinowego przetwarzania zdjęć (rzut środkowy) do ortofotografii (rzut ortogonalny).

 

W związku z tym, że mój autograf stał nieużywany dziesięć lat, cztery lata temu przyszła pora na likwidację urządzenia. Wywiezienie w całości na złom nie bardzo wchodziło w grę, gdyż musiałbym zamawiać fachowców z odpowiednim sprzętem, (urządzenie ważyło na moje oko z 400kg). Zatem wyposażony w młotek, kilka śrubokrętów, zestaw kluczy oczkowych i nimbusowych, zabrałem się za rozbieranie go na mniejsze części. Odkręcając śrubkę za śrubką przyglądałem się jego budowie. Byłem coraz bardziej zafascynowany elementami, które zostały użyte do jego budowy. W porównaniu z autografami Wilda A8 lub A10, w Topocart zastosowano bardzo skomplikowane rozwiązania mechaniczne. W konstrukcjach Wilda od razu było widać, jaka jest zasada działania - oparta była na nożycach norymberskich.

norzyce norymberskie-Wild-A8-A10
Powyższy rysunek przedstawia budowę autografu opartego na nożycach norymberskich. Seledynowe elementy symbolizują zdjęcia, szare elementy to nożyce norymberskie, czerwone to wodzidła. Poruszanie wodzideł powodowało ruch nożyc norymberskich, czyli zmianę położenia znaczka pomiarowego(dwie kropki na zdjęciach)

 

Natomiast w Topocart wszytko z przestrzeni 3d zostało rozłożone na płaszczyznę, czyli każda wartość i wodzidło miały składową x i y, co dublowało liczbę elementów mechanicznych. Właśnie ta mnogość prowadnic liniowych i wózków, łożysk, zainspirowała mnie do wykorzystania tego już nikomu niepotrzebnego złomu. Moje rozkręcanie trwało bardzo długo, gdyż ilekroć odkręcałem jakąś zębatkę, przegub Cardana lub prowadnicę, w głowie rodziły się pomysły co z tym zrobić i jak wykorzystać. Ostatecznie rzeczy zostały podzielone na dwie kupki. Pierwsza dość szybko została wywieziona na złom, a druga, bardziej cena, przeznaczona do ponownego wykorzystania, musiała poczekać na lepsze czasy.

Oto części wybrane z drugiej kupki, przeznaczone do wykorzystania.

Czesci-do-budowy-frezarki-CNC

Czesci-z-Topocart-u

 

W tym roku nadszedł czas na wykorzystanie zatrzymanych elementów z Topocart :-) Już w momencie rozkręcania wiedziałem, że części idealnie nadają się do budowy cyfrowej frezarki. Aby ją zbudować, wystarczyło zdobyć trzy silniki krokowe, sterownik ,parę profili stalowych oraz pomysł.
Zanim zabrałem się za część praktyczną, bardzo długo siedziałem nad częściami i zastanawiałem, którą do czego wykorzystać. Każdy, kto coś przerabiał, wie, że jest to o wiele trudniejsze niż budowa z gotowych-dedykowanych części. W zasadzie to było jak układanie puzzli z tym, że dużo bardziej skomplikowane , bo moje puzzle nie pasowały do siebie no i wymagały przestrzeni 3d. Powoli frezarka w mojej głowie nabierała ostatecznych kształtów, zatem zabrałem się za rysowanie jej w komputerze, czyli moim ulubionym Microstation. Podczas takiego rysowania bardzo często wychodzą małe błędy, których na papierze czy we własnej wyobraźni się nie wychwyci. Tak było w moim przypadku, bo gdzieś zgubiłem 2 cm, a w innym miejscu jeden element kolidowałby z drugim.

 


Jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym wyjaśnić. Kilka osób z mojego otoczenia zadawało pytanie, po co mi ta frezarka? Pytanie jak najbardziej zasadne, zatem spieszę z wyjaśnieniem.

Po pierwsze, każdy mężczyzna jest dzieckiem i lubi zabawki, a różni się od chłopca tylko ceną tych zabawek. Na szczęście tym razem moja zabawka jest wyjątkowa, bo praktycznie nic nie kosztuje, a warta będzie kilka tysięcy, gdy powstanie. Trzymajcie kciuki!

Po drugie- to obiekt marzeń nie jednej pracowni modelarskiej. Obecnie praktycznie wszystkie rzeczy, które chce się stworzyć/zbudować, rysuje się na komputerze. Tak jest praktyczniej pod każdym względem; mniej błędów, łatwiej niektóre rzeczy wyobrazić itd. Projekt jest zrobiony w CAD i co dalej...? Nic prostszego jak zatrudnić robota, który to wykona.

Po trzecie, zawsze trzeba mieć jakiś cel, tak jest ciekawiej, bo jego realizacja wymaga wysiłku, nauki, poznania zagadnień, o których nie ma się pojęcia, a robotyka to wyjątkowo ciekawa dziedzina :-)

 

Zachęcam do zaglądania na moją stronę, bo postaram się przedstawić postęp prac z budowy frezarki CNC.

 

Zamiast oleju opałowego kocioł zgazowujący drewno (golzgas)


Już dość dawno nic nie napisałem, więc postaram się choć trochę nadrobić zaległości. Miałem sporo zajęć przy moim domku i stąd mała aktywność. Dziś napiszę o moim ostatnim przedsięwzięciu, tym bardziej że mam już pewne doświadczenie, obserwacje i spostrzeżenia.
Z powodów czysto ekonomicznych, od kilku lat myślałem aby zmniejszyć opłaty za ogrzewanie. Ogrzewanie ciepłej wody użytkowej latem mam od dwóch lat załatwione dzięki kolektorom słonecznym, o których już pisałem. Natomiast zimą sytuacja wygląda trochę inaczej.  Korzystam z instalacji CO na olej opałowy i kominka. Ogrzewania domu olejem opałowym nie mogę nazwać tanim, bo jego koszty wzrosły w ostatnim czasie. O cenach sprzed 13 lat, gdy instalowałem kotłownię - 1.20 zł za litr oleju opałowego, mogę tylko pomarzyć, one cały czas idą w górę i końca nie widać. Mam kominek, który jest jakąś alternatywą ogrzewania, ale nie nadaje się do roli podstawowego źródła ciepła.  Nie dość że jest mało praktyczny, bo ciągle trzeba pilnować ognia i dokładać drewna, to na dodatek -mało ekonomiczny. Jeśli dobrze pamiętam, mój kominek ma sprawność na poziomie 40%. Natomiast ogrzewanie olejem opałowym jest bardzo komfortowe i bezobsługowe.Mój piec olejowy Buderus G115,  nigdy nie wymagał ingerencji, a jedynie raz w roku wyczyszczenia paleniska z resztek siarki, której jest pod dostatkiem w oleju opałowym. Zatem szukałem podobnego rozwiązania, czyli takiego źródła ciepła, które  nie wymagałoby zbytniej uwagi, było przyjazne dla mojej kieszeni i dla środowiska. Idealnym rozwiązaniem byłby gaz ziemny, jest tańszy niż olej choć nie najtańszy, ale za to wystarczy nacisnąć tyko guzik i ustawić pokrętło na pożądaną temperaturę. Niestety o gazie ziemnym muszę zapomnieć, bo jest nieosiągalny w moim domu. Zostając przy ogrzewaniu ekologicznym, zacząłem się interesować piecami na pellet. Dość dużo czytałem na temat tych pieców, a w zasadzie to palników. Piszę palników, ponieważ szybko zorientowałem się, że wystarczy wymienić tylko palnik w moim piecu Buderusa na palnik spalający pellet. Dzięki takiej wymianie koszt ogrzewania domu obniża się o połowę. Nic tylko instalować i cieszyć się tanią, a do tego odnawialną energią. Do tej inwestycji zniechęcały mnie głosy, że trudno jest znaleźć dobrej jakości pellet, a ceny są coraz wyższe. Gdzieś wyczytałem, że 30% kosztów wytworzenia pellet stanowi energia elektryczna, więc nie ma zerowego bilansu co2 , o czym często wszyscy zapominają i myślą, że to w 100% odnawialne paliwo. Sam palnik nie jest zbyt tani, bo ceny zaczynają się od około 4000zł.
Przed obecną zimą, mając pusto w zbiorniku na olej i pusto w portfelu, musiałem się na coś zdecydować. Mogłem jak co roku zamówić olej i za 1000l zapłacić 4300 zł, puścić to z dymem, dogrzewać się kominkiem i liczyć, że będzie łagodna zima. Jednak wymyśliłem coś innego.
Zacząłem interesować się kotłami na zgazowywanie drewna, potocznie nazywanymi piecami na golzgas (z niemieckiego). Ta potoczna nazwa jest nieco myląca, bo piec nie jest na holzgas tylko na drewno, które pod wpływem wysokiej temperatury zamienia się na gaz drzewny i węgiel drzewny (sucha pizolityczna destylacja drewna).  Gaz drzewny to mieszanka palnych gazów: tlenku węgla, wodoru i metanu, a także niepalnych - azotu, dwutlenku węgla, pary wodnej.  Skład tej mieszanki zależy od wielu czynników takich jak rodzaj i wilgotność drewna, temperatury i innych. Dla nas te trzy czynniki mają największe znaczenie a zwłaszcza dwa, czyli wilgotność drewna i temperatura.
                           Piec zgazowujący drewno Sigma, alternatywa dla Atmos-aPrzekrój pieca zgazowującego drewno

Na pierwszy rzut oka piec nie odróżnia się od innych kotłów do centralnego ogrzewania, no może poza wielkością, bo jest gabarytowo nieco większy. Kocioł ma jednak dość specyficzną budowę z dwoma komorami, a zasadnicza różnica to sposób działania.  Do górnej komory (zasobnika) ładowane jest drewno i właśnie w niej występuje proces zgazowywania drewna. Poniżej jest dysza (zwykła kamionkowa kształtka z otworem), w której następuje spalanie gazu z powietrzem. Temperatura płomienia osiąga 1200 stopni , a dopalanie mieszanki gazów następuje w dolnej komorze - popielniku. Następnie spaliny o wysokiej temperaturze przechodzą przez wymiennik rurowy, który jest z tyłu pieca. Dzięki takiemu spalaniu drewna piec ma bardzo wysoką sprawność, sięgającą 89%. Aby spalanie drewna w takim kotle było najbardziej ekonomiczne, trzeba dbać o małą wilgotność drewna.
Drewno po prostu musi być suche !!! Jak może niektórzy pamiętają z lekcji fizyki, przy parowaniu trzeba dostarczyć ciepła. Każdy odczuwa to na własnej skórze, gdy wychodzi z wody. Parująca woda powoduje wychłodzenie naszego organizmu i czujemy zimno, tak samo jest w piecu, gdy wkładamy mokre drewno. Część ciepła jest marnowane na proces parowania. Dlatego drewno, nadające się do palenia, powinno mieć poniżej 20% wilgotności, a najlepiej poniżej 15%.  Dlatego paląc drewnem powinniśmy się zaopatrzyć w miernik wilgotności drewna. To bardzo proste urządzenie elektroniczne, którego koszt bardzo szybko się zwróci. Ja mam taki miernik:

 

O suszeniu drewna nie będę się rozpisywał, bo o tym można przeczytać w Internecie. Najlepiej zapamiętać, że drewno powinno być suszone minimum przez dwa lata w zadaszonym i przewiewnym miejscu, a i tak wilgotność należy sprawdzać miernikiem o czym przekonałem się tej zimy, gdy kupiłem miernik Okazało się bowiem, że drewno którym palę, ma wilgotność na poziomie 20-23%,  a jest sezonowane dwa lata. Może pniaki były porąbane na zbyt grube szczapy albo z tego powodu, że moja drewutnia jest od północnej strony domu. Niestety aby piec działał prawidłowo, musi być nagrzany do wysokiej temperatury - w granicach 85 do 90 stopni. Napisałem słowo niestety, gdyż taka temperatura jest zbyt wysoka aby bezpośrednio ogrzewać dom. Byłoby jak w znanej piosence Urszuli "kaloryfer parzy - dziś zaczęli grzać..."
Pamiętajcie, że ten piec przy niższych temperaturach kiepsko działa, co często można przeczytać na forach.  Chcąc osiągnąć tak wysoką temperaturę w piecu,trzeba zastosować zawór trójdrożny (mieszający) aby temperatura wody powrotnej  była na dość wysokim poziomie - min 65 stopni. Moim zdaniem to za mało, gdyż u mnie są72 stopnie i dopiero jest ok. Trzeba wiedzieć, że ten zawór trójdrożny musi być zaworem termostatycznym, lub z siłownikiem i sterowaniem elektronicznym.
Innym rozwiązaniem, moim zdaniem najlepszym, jest zastosowanie laddomatu czyli połączenia w jednej obudowie pompy, zaworu zwrotnego i termostatycznego zaworu trójdrożnego(mieszającego). Ten laddomat 21 to element niestety dość drogi, ale gorąco go  polecam. A tak wygląda laddomat

O zasadzie działania można poczytać tutaj.
Ja swój laddomat kupiłem używany, jak się później okazało z uszkodzoną pompą. Na szczęście pompa to klasyczny grundfos, zatem wystarczy mieć pompę grudfosa o podobnych parametrach i wymienić korpus. Ja miałem pompę polskiej produkcji firmy z Leszna na licencji grundosa, dlatego idealnie pasowała. Wystarczyło odkręcić cztery śruby, wymienić wirnik z obudową i ponownie skręcić.
Jeśli mamy już piec nagrzany to co teraz? Do grzejników, a tym bardziej do ogrzewania podłogowego takiej gorącej wody nie puścimy. Trzeba zastosować zawór trójdrożny z siłownikiem, który będzie mieszał wodę gorącą powrotną(chłodną) .Jeśli mamy taki, możemy być zadowoleni , bo woda idąca do grzejników ma już odpowiednią temperaturę. W całej instalacji potrzebny jest jeszcze jeden element - bufor, który zmagazynuje nadmiar energii. Dlaczego bufor?  Z kilku powodów. Po pierwsze, jeśli piec jest nagrzany do 90 stopni, a w naszych grzejnikach zawory termostatyczne zablokują przepływ, to woda w piecu błyskawicznie się zagotuje. Właśnie w tym momencie jest potrzebny bufor. Możemy w nim zmagazynować nadmiar energii, której nie odbierają kaloryfery.
Po drugie, raz rozpoczętego procesu zgazowywania nie można przerwać. Jednorazowy załadunek drewna dostarcza tyle energii aby ogrzać dom przez całą dobę, ale proces palenia trwa kilka godzin. W ciągu tych czterech godzin piec działa na maksymalnej mocy z maksymalną sprawnością i ładuje bufor. Przez resztę doby zmagazynowane ciepło w buforze jest stopniowo przekazywane do grzejników. Taki sposób palenia jest najbardziej ekonomiczny dla tego typu pieców. Piec zgazowujący drewno bez bufora jest kulawym pomysłem. Jeśli kogoś nie stać na bufor to lepiej niech zrezygnuje z zakupu tego pieca, bo będzie tylko narzekał.  Gdzieś przeczytałem, że na 1kW mocy pieca powinno być  min 50l w buforze, mogę to potwierdzić, bo mając piec 20KW, korzystam bufora 1000l i muszę uważać aby nie przegrzać w nim wody. Jeśli bufor jest trochę ciepły (nie jest całkowicie rozładowany) i załaduję drewnem cały piec, a dom nie odbiera ciepła, to może się zdarzyć, że piec się zagotuje, bo nie będzie miał gdzie przekazać nadmiaru ciepła. Na szczęcie jest pewne zabezpieczenie na taką okoliczność; w piecu jest wężownica, do której podłączona jest  woda wodociągowa. Jeśli temperatura w piecu jest bliska zagotowania, zawór termostatyczny zaczyna wpuszczać zimną wodę z wodociągu do tej wężownicy, woda się ogrzewa tym samym ochładza piec.  Myślę, że taka sytuacja jest ostatecznością , bo to marnotrawstwo energii, która wędruje do kanalizacji.
Muszę dodać, że bardzo obawiałem się, uciążliwości obsługi pieca. Tymczasem  jest na odwrót. Jestem ogromnie zadowolony z tego pieca i sposobu palenia. Raz na dobę lub rzadziej wystarczy zejść do kotłowni na niecałe pięć minut. Włożyć papier, drobne drewienka, dopełnić grubymi szczapami,  podpalić i uruchomić sterownik. Po dziesięciu minutach należy zasunąć klapę szybkiego rozruchu i na tym kończy się codzienna obsługa. Raz na dwa tygodnie trzeba opróżnić piec z popiołu. Kilka razy w sezonie przydałoby się wyczyścić wymiennik rurowy z sadzy. To czynność dość prosta, bo wystarczy zdjąć osłonę w górnej części pieca i odpowiednim wyciorem przeczyścić rury.
Na koniec dodam, że do pieca musi być odpowiedni komin. Poza odpowiednim przekrojem komin MUSI być odporny na kondensat, czyli niewrażliwy na wilgoć. Najlepszym rozwiązaniem są kominy systemowe uniwersalne takie jak Schiedel Rondo Plus.
Gorąco polecam piec zgazowujący drewno jako alternatywę dla pieców na ekogroszek, olej opałowy czy gaz. Niestety nowy piec z buforem to spory wydatek, ale szybko się zwraca.  W moim wypadku po półtora roku instalacja się zwróci.  Dlaczego tak szybko? Kupiłem używany dwuletni piec z laddomatem-21, sam go podłączyłem i uruchomiłem, a bufor już miałem. Wspomnę jeszcze o ilości drewna której jest potrzebne na ogrzanie domu o powierzchni 150mkw – od 10 do 15 mp. Mogę to potwierdzić, gdyż w ciągu dwóch miesięcy spaliłem 2.6mp drewna bukowego, ale zima w tym roku jest łagodna.
Następnym razem mam nadzieję, że opiszę niektóre rozwiązania techniczne, które zastosowałem przy instalacji tego pieca.  Wiem, że takie szczegółowe opisy techniczne mogą niektórych odstraszyć, dlatego nie pisałem o nich tutaj.

Darmowe SEO - eksperyment z Google

Postanowiłem zrobić małe doświadczenie, które niestety będzie rozciągnięte dość mocno w czasie. Myślę, że pierwsze wnioski pojawią się dopiero za miesiąc. Doświadczenie ma służyć zaspokojeniu mojej wrodzonej ciekawości, ale najbardziej zdobyciu wiedzy.

Darmowe SEO


          Chciałbym sprawdzić jak to jest z panami wujkami Goole, Yahoo i Bing-iem i czy łatwo jest skupić uwagę wyszukiwarek na wybranej frazie? Otóż, napiszę artykuł typowo komercyjny, który ma za zadanie ściągnąć jak największą liczbę internatów. Ciekawi mnie jak to jest naprawdę z tym wielce magicznym i bardzo profesjonalnym SEO, czyli po naszemu -pozycjonowaniem stron. Od pewnego czasu i ja zainteresowałem się pozycjonowaniem stron z powodów bardzo oczywistych - tworzenia mojej domowej strony WWW – „Grochu z kapustą". Na początku w ogóle nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Przypominało to przysłowiowe poruszanie się we mgle. Poradniki w stylu 10 zasad SEO, owszem, są bardzo pomocne, zwłaszcza na początku, gdy niczego się nie wie, ale im dalej w las, tym więcej drzew. W miarę rozwoju strony było coraz trudniej. Największym wyzwaniem dla mnie okazało się jednak nie postawienie strony, ale zdobycie konkretnego miejsca w sieci. Chciałem być po prostu widoczny.

          Intuicja podpowiada mi, że SEO to jedna wielka ściema i wcale nie trzeba sobie tym głowy zawracać. Wystarczy robić swoje (pisać artykuły), a strona i tak wędruje cały czas w górę. Jeśli nasza strona podoba się otoczeniu i zawiera ciekawe treści to nic więcej nie trzeba, no może poza paroma zabiegami, polegającymi na dodaniu strony do wyszukiwarek. Trochę przesadziłem z tym „nic więcej nie trzeba". Sprecyzuję, co miałem na myśli.

Moim zdaniem na początku trzeba zrobić tylko kilka rzeczy (dokładne opisy są wszędzie w sieci), typu:

  • Mieć jakiś system zarządzania treścią CMS ( ja używam Jommli i Wordpressa, a przymierzam się do Django)
  • Stosować przyjazne nazwy URL
  • Używać dodatków tworzących mapę strony w formacie xml
  • Opisać opis,tagi i meta dane dotyczące naszej strony
  • Stworzyć plik robots.txt, favicon, itp.
  • Skonfigurować plik htacces tak aby stosować jedną nazwę strony(WWW lub bez) i używać jednego sposobu.
  • Na pewno jeszcze o czymś zapomniałem :-)

 

          Mając tak skonfigurowaną stronę (CMS), czyli gotową pod względem SEO, zabieramy się za zapełnianie jej treścią. Moim zdaniem lepsza jest intuicja i zapełnianie strony ciekawymi treściami, niż triki, linki, i inne sztuczki SEO. Teraz potrzebujemy tylko CZASU aby polubił nas Google (oraz Bing i Yahoo).

 

 

Za jakiś czas zamieszczę moje obserwacje i spostrzeżenia z przeprowadzonego testu. Zapraszam do zaglądania na moją stronę i śledzenia wyników eksperymentu.

Zdjęcia seryjne i prezentacja 360

Pierwsza próba robienia zdjęć seryjnych moim SGS3. Nawet nie wiedziałem, że mogę zrobić ich aż 20. Kręcąc modelem można uzyskać fajny efekt.

Oczywiście ideałem byłby kręcący się automatycznie stolik - sterowany silnikiem krokowym. Ciekawe czy da się zrobić ze strarego dysku twardego. Silnik krokowy od talerzy może być zbyt mały (słaby) ale w wolnej chwili muszę to praktycznie sprawdzić. Zaczynam mieć wątpliwości czy talerzami porusza silnik krokowy ale zaraz wujek Google prawdę mi powie.

 

 

 Bardzo mi się to podoba, bo małym nakładem pracy można zrobić bardzo medialną prezentację. Trzeba by popracować jeszcze nad oświetleniem, oczywiście użyć photoshopa, bo ja wkleiłem zdjęcia bez obróbki ( za wyjątkiem przycięcia wymiaru). Na górze jest zegarek córki a na dole moduł do termometrów cyfrowych 1-Wire.

 

Zegar 17

Trójwymiarowe zdjęcia na telewizorze

 

Gdy jakiś czas temu stary telewizor odmówił posłuszeństwa, stanąłem przed koniecznością wyboru nowego. W skrócie pisząc, wyszło, że telewizor musi mieć możliwość podpięcia pod Internet i ma być smart, no i jest. Super się ogląda zdjęcia z wakacji, czy odtwarza filmy z YouTuba.  Przy okazji tak się złożyło, że telewizor ma funkcję 3D, której,  jak sądziłem, nie będę używał na co dzień. Życie to potwierdza, bo poza obejrzeniem kilku filmów w 3D, nie korzystamy z okularów; leżą i czekają na lepsze czasy. Na marginesie muszę przyznać, że funkcja 3D w telewizorze robi na mnie wrażenie, a zwłaszcza konwersja w locie 2D->3D, a wiem co mówię, bo to mój chleb powszedni z racji specjalizacji. W swoim życiu zawodowym sporo czasu przesiedziałem, oglądając trójwymiarowe zdjęcia.

Ale wrócę do sedna sprawy, bo to co napisałem, jest tłem do mojego pomysłu, który dziś wpadł mi do głowy. Otóż chciałbym wykorzystać funkcję 3D telewizora podczas oglądania zdjęć, na przykład z wakacji. Każdy chętnie pokazuje swoje zdjęcia z wakacji, ale coś takiego, efekt 3D, dopiero robiłoby wrażenie (przynajmniej na początku). Teraz trzeba przejść od pomysłu do realizacji. Kilka lat temu czytałem, że jest możliwość kupienia specjalnego obiektywu, który można użyć w niektórych aparatach fotograficznych. Po pierwsze, jak pamiętam, nie we wszystkich z racji różnych standardów mocowania obiektywu. Po drugie, trzeba mieć cyfrową lustrzankę ,  której niestety nie posiadam. Moim aparatem jest od jakiegoś czasu smartfon, zatem coś trzeba by zrobić aby z tego cudeńka dostać zdjęcia 3D.

Dla mniej zorientowanych powinienem coś napisać o tym jak uzyskuje się efekt stereoskopowego widzenia. Otóż, żeby widzieć efekt stereoskopowy, musimy dysponować dwoma zdjęciami wykonanymi z różnych miejsc (dwóch różnych punktów widzenia). 

CDN...

Copyright ©   Mariusz Morańda   Wszystkie prawa zastrzeżone